Style sztuki


To, co dzieje się w wielkich stylach sztuki, dzieje się również w kulturach jako całościach.
Różnorodne zachowania, nastawione na zdobywanie środków do życia, życie
płciowe, prowadzenie wojen i kult bogów przekształcają się w trwałe wzory zgodnie
z nieświadomymi kanonami wyboru, które rozwijają się w obrębie danej kultury. Pewne
kultury, podobnie jak pewne okresy w sztuce, niszczeją w trakcie tej integracji,
a o wielu innych wiemy zbyt mało, by rozumieć motywy, które nimi powodują. Ale
integrację osiągały kultury na każdym poziomie złożoności, nawet najprostsze. Takie
kultury stanowią mniej lub więcej udany wynik zachowania zintegrowanego i można
tylko podziwiać możliwość tak licznych ich konfiguracji. […] Z tego punktu widzenia ważną jednostką socjologiczną jest więc nie zwyczaj, lecz
konfiguracja kulturowa. Badania nad rodziną, gospodarką pierwotną czy nad pojęciami
Ruth Benedict WZORY KULTURY
68
moralnymi powinny ulec podziałowi na badania, które uwypuklają rożne konfiguracje,
jakie kolejno w każdym przypadku opanowały te cechy. Szczególny charakter
życia Kwakiutlów nigdy nie stanie się zrozumiały, jeśli z życia tego wydzielimy
i będziemy omawiać samą tylko rodzinę, a zachowanie Kwakiutlów będziemy wywodzić
z samej sytuacji małżeńskiej. Podobnie małżeństwo w naszej cywilizacji stanowi
sytuację, której niepodobna zrozumieć, jeśli traktować ją jako zwykły przypadek dobierania
partnera i stwarzania życia rodzinnego. Bez klucza, jakim jest fakt, że w naszej cywilizacji
najważniejszym celem mężczyzny jest gromadzenie prywatnej własności
i mnożenie okazji do popisania się, współczesna pozycja żony i uczucia zazdrości są
również niezrozumiałe. Nasz stosunek do dzieci także wskazuje na istnienie tego samego
celu kulturowego. Dzieci nie są ludźmi, których prawa i gusty respektujemy doraźnie
już od pierwszych lat ich życia, jak to ma miejsce w niektórych społeczeństwach pierwotnych,
lecz stanowią, podobnie jak własność, przedmiot naszej specjalnej odpowiedzialności,
któremu służymy lub, którym się szczycimy, zależnie od przypadku. Są one
zasadniczo przedłużeniem naszego własnego „ja” i dają szczególną sposobność do
okazania naszego autorytetu. Wzór ten nie jest nieodłączny od stosunków: rodzice —
dzieci, jak to łatwo, lecz niezbyt szczerze zakładamy. To tylko główne tendencje naszej
kultury narzucają go sytuacji, będącej tylko jedną z okazji, w których folgujemy
naszym uświęconym przez tradycję obsesjom. […] *
Indianie Pueblo są ludem przywiązującym wielką wagę do obrzędów. Ale nie to
jest istotnym rysem, który wyróżnia ich spośród innych ludów Ameryki Północnej
i Meksyku. Chodzi tu o coś o wiele głębszego niż jakakolwiek różnica w liczbie
rytuałów. Cywilizacja aztecka w Meksyku była równie rytualistyczna co cywilizacja
Indian Pueblo i nawet Indianie z równin ze swoim tańcem Słońca i bractwami męskimi,
z rytuałami tytoniowymi i wojennymi, posiadają bogaty zasób obrzędów.
Podstawowym kontrastem między Indianami Pueblo a innymi ludami Ameryki Północnej
jest kontrast, nazwany i opisany przez Nietzschego w studiach nad tragedią grecką.
Omawia on dwa diametralnie różne sposoby dochodzenia do pojęcia istnienia.
Dionizyjczyk dąży do „zniweczenia powinności i wynikających z nich ograniczeń egzystencji”,
w najbardziej istotnych dla siebie momentach stara się uciec przed ograniczeniami,
które nakłada na niego własne pięć zmysłów, uzyskać doświadczenie innego
rzędu. Pragnieniem dionizyjczyka w przeżyciu osobistym czy w rytuale jest osiągnięcie
z jego pomocą, pewnego stanu psychicznego, którego istota jest brak umiaru. Najbliższą
analogię do emocji, których szuka, stanowi stan upojenia alkoholowego, najwyżej
ocenia oświecenie zdobyte w przystępie szału. Wraz z Blakeiem wierzy on, że „droga
ekscesu prowadzi do pałacu mądrości”. Apollinczyk potępia taką postawę i często ma
tylko słabe pojęcie o naturze tego rodzaju przeżyć. Znajduje on sposoby usunięcia ich
poza swoje życie świadome. „Zna tylko jedną zasadę: umiar w rozumieniu helleńskim”.
Trzyma się złotego środka, nie wychodzi poza utarte szlaki, nie ulega rozprzężeniu
psychicznemu. Nawet w uniesieniu tańca, „pozostaje sobą, zachowuje — według
pięknych słów Nietzschego — swą obywatelską godność”.
Ruth Benedict WZORY KULTURY
69
Indianie Pueblo z południowego zachodu są apollińczykami. Nie wszystkie
z twierdzeń Nietzschego dotyczących kontrastu między apollińczykami
a dionizyjczykami da się zastosować mówiąc o kontraście, jaki istnieje między Indianami
Pueblo a otaczającymi ich ludami. Przykłady, które zacytowałem, stanowią wierny
opis, ale w Grecji istniały subtelności, które nie pojawiają się wśród Indian na południowym
zachodzie, a znowu u tych ostatnich przejawiają się subtelności, które nie
występowały w Grecji. Opisując układy kulturowe krajowców Ameryki, nie posługuję
się terminami zapożyczonymi z kultury greckiej, aby stawiać znak równości między
cywilizacją Grecji a cywilizacją tubylców amerykańskich. Używam ich, ponieważ są to
kategorie, które wyraźnie wysuwają na czoło główne cechy odróżniające kulturę Indian
Pueblo od kultur innych Indian amerykańskich, nie zaś dlatego, że wszystkie postawy,
które spotykamy w dawnej Grecji, spotykamy również u tubylców Ameryki.
Instytucje o charakterze apollińskim zostały rozwinięte o wiele bardziej
u Indian Pueblo niż w Grecji. Grecja nie była tak jednostronna. Nie posunęła zwłaszcza
tak daleko — jak Indianie Pueblo — nieufności wobec indywidualizmu, którą zakłada
apolliński styl życia. W Grecji indywidualizm ten zmniejszyły siły, z którymi
wszedł w konflikt. Ideały i przyjęte zwyczaje Zuni są pod tym względem rygorystyczne.
Utarte szlaki, złoty środek dla każdego apollińczyka to uosobienie wspólnej
tradycji tego ludu. Pozostać zawsze w pewnych granicach to tyle, co zaufać precedensowi,
tradycji. Dlatego wpływy, które silnie się jej przeciwstawiają, nie znajdują
w ich zwyczajach sympatii i są pomniejszane, a już najbardziej indywidualizm. Zgodnie
z apollińską filozofią południowego zachodu jest on zgubny, nawet wtedy, kiedy udoskonala
i rozszerza tradycję. Nie znaczy to, że Indianie Pueblo zapobiegają temu.
Żadna kultura nie może uchronić się przed nowością i przed zmianami. Ale proces,
dzięki któremu dochodzi do tego, jest podejrzany i ukrywany, a praktyki, które dałyby
jednostkom swobodną rękę — wyjęte spod prawa.
Nie można zrozumieć postaw wobec życia Indian Pueblo bez pewnej wiedzy o kulturze,
z której wyszli, to jest o kulturze pozostałych części Ameryki Północnej.
Właśnie przez kontrast ocenić możemy siłę ich odmiennej tendencji i oporu, która
sprawiła, że nie nabrali najbardziej charakterystycznych cech krajowców amerykańskich.
Indianie amerykańscy w ogóle, w tym także Indianie meksykańscy, byli gorliwymi
dionizyjczykami. Cenili wszelkie gwałtowne przeżycia, wszelkie środki pozwalające
ludziom na wyłamanie się z normalnej rutyny zmysłowych odczuć i wszelkim
tego rodzaju przeżyciom przypisywali największą wartość.
Indianie Ameryki Północnej — poza Pueblo — nie posiadali, oczywiście, jednolitej
kultury. Kultury ich różnią się ogromnie nieomal w każdym szczególe i przyjęło się
rozróżniać osiem odrębnych obszarów kulturowych. Ale we wszystkich, pod tą czy
inną maską, istnieją pewne podstawowe praktyki dionizyjskie. Najbardziej wyróżniającą
się spośród nich jest przypuszczalnie praktyka uzyskiwania nadprzyrodzonej mocy
w trakcie snu lub wizji. […] Na równinach zachodnich ludzie starali się o osiągnięcie
stanu wizji z pomocą przerażających tortur. Zdzierali paski skóry z ramion, odcinali
sobie palec, zwieszali się z wysokich słupów na pasach zakładanych pod pachy. Niezwykle
długi czas wytrzymywali bez pokarmu i wody. Na wszelkie sposoby starali się
osiągnąć przeżycie wykraczające poza życie codzienne. Na równinach do uzyskania
wizji dążyli ludzie dorośli. Niekiedy stali bez ruchu, z rękami związanymi z tyłu, albo
też wytyczali mały kawałek ziemi, z którego nie mogli się ruszyć, dopóki nie uzyskali
Ruth Benedict WZORY KULTURY
70
błogosławieństwa w postaci wizji. Czasem wędrowali w dalekie, niebezpieczne strony.
Niektóre plemiona wybierały przepaści i miejsca szczególnie zagrożone.
W każdym wypadku człowiek udawał się tam sam lub jeśli szukał wizji przy pomocy
tortur i ktoś musiał pójść z nim, aby przywiązać go do słupa, z którego miał zwisać,
dopóki nie osiągnie nadprzyrodzonego przeżycia, pomocnik wykonywał, co do niego
należało i zostawiał go samego na czas tej ciężkiej próby.
Nieodzowne było skoncentrowanie myśli na oczekiwanej wizji. Koncentracja była
tym głównym środkiem mechanicznym, na którym polegano przede wszystkim. „Myśl
o niej przez cały czas”, napominali starzy czarownicy. Czasami trzeba było mieć
twarz zalaną łzami, aby duchy zlitowały się nad cierpiącym i spełniły jego prośbę.
„Jestem biedakiem. Zlitujcie się nade mną” — brzmi nieustanna modlitwa. „Nie miej
nic — uczyli czarownicy — a duchy przyjdą do ciebie”.
Ludzie na równinach zachodnich wierzyli, że wizja określa ich życie i zsyła powodzenie.
Jeśli jej nie dostąpili, skazani byli na klęskę. „Miałem być biedny i dlatego
nie miałem wizji”. O ile doznanym przeżyciem było uleczenie, zdobywano moc
uzdrawiania, jeśli wojna — uzyskiwano siłę wojownika. Jeśli ktoś spotkał Podwójną
Kobietę, zostawał transwestytą i obierał kobiece zajęcia i zwyczaje. Jeśli zyskiwał błogosławieństwo
mitycznego Wodnego Węża, miał nadprzyrodzoną moc nad złem i poświęcał
życie swej żony i dzieci jako zapłatę za to, że został czarownikiem. Każdy, kto pragnął
ogólnego wzmocnienia czy powodzenia w określonych przedsięwzięciach, dążył
do osiągnięcia wizji. Były one nieodzowne na ścieżce wojennej i dla uleczeń oraz przy
wszelkiego rodzaju okazjach: nadawania nazw bawołom, nadawania imion dzieciom,
żałoby, szukania zemsty, znajdywania zgubionych przedmiotów.
Wizją mogła być halucynacja wzrokowa lub słuchowa, albo też coś zupełnie innego.
Większość relacji mówi o pojawieniu się jakiegoś zwierzęcia. Pojawiało się ono często
w postaci ludzkiej, przemawiało do petenta i przekazywało mu pieśń i formułę jakichś
nadprzyrodzonych praktyk. Kiedy odchodziło, przybierało w powrotem swą właściwą
postać i suplikant poznawał, jakie zwierzę go pobłogosławiło oraz jaką skórę, kość
czy pióra musi zdobyć, by zatrzymać je na pamiątkę tego przeżycia i zachować na całe
życie jako święte zawiniątko lecznicze. Niektóre przeżycia miały o wiele mniej ważny
charakter. Istniały plemiona, które szczególnie ceniły chwile zbliżenia z naturą, kiedy to
człowiek siedząc sam nad brzegiem rzeki lub tropiąc zwierza wyczuwał w zwykłym
zjawisku jakieś niezwykłe znaczenie.
Nadprzyrodzona moc mogła spływać na nich także we śnie. Niektóre relacje
z wizji to niewątpliwie przeżycia, które miały miejsce w czasie snu lub w mniej normalnych
warunkach. Niektóre plemiona ceniły sny wyżej od wszelkich innych przeżyć.
Lewis i Clark skarżyli się, że kiedy w dawnych czasach przemierzali równiny zachodnie,
nie było prawie nocy, w której mogliby usnąć; co chwila jakiś starzec wstawał,
by uderzywszy w bębenek, uroczyście wyrecytować sen, który mu się właśnie przyśnił.
Sen uważano za cenne źródło mocy. […] Indianie Pueblo nie szukają, ani nie tolerują żadnych przeżyć — uzyskiwanych za
pomocą narkotyków, alkoholu, postu, tortury czy tańca— wybiegających poza zwykłe
doświadczenie zmysłowe. Nie chcą mieć nic wspólnego z destrukcyjnymi indywidualnymi
przeżyciami tego typu. Właściwe ich cywilizacji zamiłowanie do umiaru nie zostawia
na to miejsca. Dlatego też nie mają szamanów. […] Ruth Benedict WZORY KULTURY
71
U Zuni autorytet osobisty należy do cech chyba najbardziej dyskredytowanych.
„Człowiek, który pożąda siły czy wiedzy, który chce być — jak określają to pogardliwie
— «przywódcą swego ludu», spotyka się jedynie z naganą i najprawdopodobniej
będzie prześladowany za uprawianie czarownictwa”, co zdarzało się często. Wrodzony
autorytet oceniany jest u Zuni nieprzychylnie, a człowiek nim obdarzony może być
łatwo oskarżony o czary. Wiesza się go wówczas za kciuki, dopóki ,,się nie przyzna”.
Oto wszystko, co Zuni potrafią zrobić z jednostką o silnej indywidualności. Ideałem
ich jest człowiek dostojny i uprzejmy, który nigdy nie stara się przewodzić i nie wywołuje
krytycznych komentarzy ze strony sąsiadów. W wypadku jakiegokolwiek konfliktu,
nawet wtedy, kiedy cała słuszność jest po jego stronie, wszystko obraca się
przeciwko niemu. Nawet z zawodów sprawności, takich jak biegi, ktoś, kto zwycięża
stale, zostaje wykluczony. Zuni interesują się grą, której uczestnicy mają równe szansę,
a wybijający się biegacz tylko ją psuje, toteż nie chcą mieć z nim nic wspólnego.
[…] *
Tym, co głownie pochłaniało Indian z wybrzeża północno-zachodniego, były właśnie
rozgrywki mające na celu potwierdzenie i korzystanie ze wszystkich przywilejów
i tytułów, które można było uzyskać od różnych przodków jako dar czy też dzięki
małżeństwu. Uczestniczył w tym w jakimś stopniu każdy, a wykluczenie z tego było
piętnem niewolnika. Operowanie bogactwem przekroczyło w tej kulturze wszelkie
granice potrzeb ekonomicznych i ich zaspokajania. Obejmowało ono pojęcie kapitału,
procentu i straty. Bogactwem stały się nie tylko dobra, odkładane do skrzyń — aby
można z nich korzystać na potlaczach — i nie spożytkowane poza wymianą, lecz — co
jeszcze bardziej charakterystyczne — stały się nim także przywileje pozbawione
funkcji ekonomicznych. Bogactwem były pieśni, mity, „nazwane” słupy przed domem
wodza plemienia, imiona ich psów, łodzi itp. Szanowane przywileje, takie jak prawo
przywiązywania tancerza do słupa, przynoszenie tłuszczu tancerzom, aby mogli wysmarować
nim twarze, czy kawałków kory cedrowej, aby mogli zetrzeć tłuszcz z twarzy,
były traktowane jak bogactwo i dziedziczone. W sąsiednim plemieniu Bella Coola
mity rodzinne były własnością tak bardzo cenioną i pielęgnowaną, że wśród elity plemienia
weszły w zwyczaj małżeństwa w rodzinie, aby nie trwonić takiego bogactwa
między niegodnych posiadania go.
Operowanie bogactwem na wybrzeżu północno-zachodnim jest pod wieloma
względami oczywistą parodią naszej organizacji gospodarczej. Plemiona tutejsze nie
używały bogactwa celem zyskania równowartości w dobrach ekonomicznych, lecz posługiwały
się nim jako żetonem o stałej wartości w grze, którą chciały wygrać. Dla
nich życie przedstawiało się jako drabina, której szczeblami były tytuły i związane
z nimi przywileje. Osiągnięcie każdego następnego wymagało rozdzielania wielkich
bogactw, które powracały z nawiązką, aby umożliwić wejście na jeszcze wyższy
szczebel, do którego wspinający się dążył.
Jednakże pierwotny związek bogactwa z potwierdzeniem tytułów stanowi tylko
część obrazu. Rozdział własności rzadko kiedy miał tak prosty charakter. Zasadnicza
Ruth Benedict WZORY KULTURY
72
przyczyna zabiegów mieszkańca wybrzeża północno-zachodniego o tytuły, bogactwo,
znaki rodowe i przywileje tkwi w tym, co stanowi główną sprężynę ich kultury:
wszystkie te dobra są potrzebne, które służą do zawstydzenia rywali. Każdy człowiek,
stosownie do środków, nieustannie współzawodniczył z innymi, by nie dać się wyprzedzić
w rozdziale majątku.

Previous Ugrupowania
Next Czasy reform