Niebo w płomieniach Parandowskiego – streszczenie cz5


W Wiedniu trochę zwiedzali. Trwały też zamieszki – wznoszono patriotyczne okrzyki i złorzeczono Rumunii i Rosji – szedł pochód pod carską ambasadę. Uwagę T. zwrócił gimnazjalista z trzema paskami przy kołnierzu i kieszeniami wypchanymi najpewniej kamieniami. Grodzicki myślał patrząc na to, że namiestnik miał rację mówiąc, że wojny nie będzie, bo któż by mógł sadzić że to państwo jest zdolne do czynów bohaterskich. Zofii tłumaczył, że to zamieszanie jest lokalne. I porównał monarchię do poczekalni dworca, gdzie czekają różne narody na portiera zapowiadającego przyjazdy pociągów…Przerwał mu Teofil, mówiąc, by ojciec nie zapomniał że jest tam też Polska. Albin nie odezwał się więcej. Wieczór ruszyli w dalszą drogę. T. śnił Jurkina w dziwnym stroju – żołnierz w szarym lub szaroniebeskim płaszczu, oparty na karabinie, patrzący i wołający T. wzrokiem. O parę kroków dalej sztandar z orłem białym. Świtało, gdy T. ocknąwszy się spojrzał na twarz śpiących rodziców, nad którymi wisiała pożoga (wschód), której oni nie widzieli ani nie czuli. W przeciwieństwie do T, pełnego trwogi, oczekiwania, nadziei.

Previous Parandowski - Towarzystwo Szkoły Ludowej
Next Niebo w płomieniach Parandowskiego - streszczenie cz4